07.04.2011

James Paul Blaylock, Widma minionych nocy - Mroczny horror bez napięcia

Mroczna okładka. Twarz kobiety o przenikliwych oczach podobna do bohaterki „Ringu.”


Strefa mroku… „Widma minionych nocy” przyciągnęły mnie obietnicą, że „są rzeczy silniejsze niż śmierć”. Początek książki ciekawy i wciągający. Odgłosy drzew, wiatr w oddali, skrzypienie drzwi.

Autor potrafi wprowadzić czytelnika w odpowiedni nastrój: „Deski podłogowe skrzypiały mu pod nogami. O okiennicę ocierała się gałąź. Nagle w drzwiach gabinetu mignął cień. A potem powoli, zupełnie jakby ktoś pomału podkręcał płomienie w propanowych latarniach, blade światło wypełniło otwór drzwiowy pomieszczenia, rzucając srebrzystą smugę na dywan w salonie.”

Głównym bohaterem powieści Jamesa P. Blaylock’a jest Peter, mieszkaniec kanionu. Mężczyzna po rozwodzie z żoną przeniósł się na odludzie i powoli układa sobie życie z inną kobietą. Chociaż z żoną łączy go już tylko wspólne dziecko, Peter pomaga jej czasem. Gdy jego eks wraz z dzieckiem wybiera się na Hawaje, Peter postanawia naprawić coś w jej samochodzie. Okazuje się jednak, że wcale nie wyruszyli w podróż. Zniknęli i nikt nie wie, gdzie są.

W tym samym czasie Pomeroy, szemrany poszukiwacz nieruchomości, usiłuje za wszelką cenę wykupić najładniejsze domy w okolicy. Mężczyzna nie cofnie się przed niczym. Dla  niego zatrucie studni to bułka z masłem. W swoje interesy wciąga Kleina, który jest sąsiadem nowej przyjaciółki Petera. Brzmi trochę jak „Moda na sukces”? Faktycznie.

Gdyby książka opowiadała wyłącznie o poszukiwaniach i uczuciach Petera, byłaby kilka razy ciekawsza Mam wrażenie, że autor, nie mając pomysłu i mając około 200 stron dobrego, mrocznego tekstu, postanowił dokoptować parę wątków i postaci.

To, że bohaterowie są ze sobą w jakiś sposób połączeni, sprawia, że niestety nie da się ominąć nieprzyjemnych rozdziałów, by przejść do ciekawszych części, ponieważ wrzucenie szczura do studni jednego z bohaterów może mieć swoje konsekwencje 50 stron dalej.

Autor miał chyba również problemy z budowaniem napięcia. Główny bohater coś słyszy, pada deszcz, wiatr szaleje w pobliskim lesie… i nagle… czuję się, jakbym słyszała opowieść przedszkolaka. To nadużywanie, moim zdaniem, słowa „nagle” zaczyna po jakimś czasie irytować. To, co miało budować napięcie, burzy je, jak przerwa na reklamę.

Nie zrażając się jednak do naciąganych bohaterów i problemów z napięciem, książkę przeczytałam i jestem zadowolona. Nie zdradzę, czy Peter odnajdzie swoją rodzinę i jak skończy pośrednik nieruchomości spod ciemnej gwiazdy. Przeczytajcie sami i broń boże nie przerywajcie lektury po nudnawym kawałku z Kleinem w roli głównej.

4/10 




James Paul Blaylock, Widma minionych nocy, Prószyński i S-ka, 2011 
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

1 komentarz:

  1. Horrorom chwilowo mówię nie. Choć przyznam, że fabuła ciekawa się wydaje.

    OdpowiedzUsuń

Zostaw po sobie coś więcej niż "dopisuję do listy". Chciałabym poznać Twoje zdanie.
Zanim skomentujesz zapoznaj się proszę z ZASADAMI panującymi na blogu