Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
2.08.2012
Pogoń za duchami Tatiana Polakowa
recenzja książki by:
Kasia książkoholiczka
3 komentarze:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
09/10,
2012,
agata christie,
kryminał,
książka,
literatura,
morderstwo,
opinia,
Pogoń za duchami,
recenzja,
rosja,
Świat książki,
Tatiana Polakowa,
trup,
weltbild
5.07.2012
T Wiktor Pielewin
Podobno Wiktor Pielewin to Ktoś. Przez duże K.
Podobno pisarz bardzo dobry, poczytny i doceniany. Podobno, bo chociaż wiele
książek z literatury rosyjskiej przeczytałam, to na Pielewina nigdy wcześniej
się nie natknęłam
recenzja książki by:
Kasia książkoholiczka
3 komentarze:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
2012,
blog,
dostojewski,
książka,
literatura,
opinia,
rosja,
T,
tołstoj,
WAB,
Wiktor Pielewin
1.07.2012
Myszy i ludzie John Steinbeck
Jak mamę kocham, bardzo rzadko
płaczę podczas czytania książek. Czasem zdarza mi się płakać ze śmiechu. Tym
razem płakałam ze współczucia i poczucia bezsilności.
17.02.2012
Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął Jonas Jonasson
Życiowa podróż szwedzkiego Forresta Gumpa po ostatnich stu latach losów świataNie wiem, kto porównał Allana Karlssona do Forresta Gumpa, ale albo nie zapoznał się z jedną postacią albo z drugą. To tak, jakby porównać Karen z książki "Dziewczyna, która pływała z delfinami" do bohatera filmu "Uwolnić orkę". W końcu i tu i tu występowało w tytule zwierzę żyjące w wodzie...
5.01.2012
Uniwersum Metro 2033: Piter - Szymun Wroczek, Dmitry Glukhovsky
Świat już nigdy nie będzie taki sam. Coś się skończyło, coś się zaczęło. Dajcie się wziąć za rękę i zaprowadzić w niebezpieczne korytarze petersburskiego metra.
recenzja książki by:
Kasia książkoholiczka
6 komentarzy:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
09/10,
2011,
Dmitry Glukhovsky,
fantastyka,
Insignis,
książka,
literatura,
Piter,
recenzja,
Szymun Wroczek,
Uniwersum Metro 2033
3.01.2012
Czas zmierzchu Dmitry Glukhovsky
Zachłysnęłam się moim szczęściem, zanim na dobre otworzyłam książkę, że będę miała okazję przeczytać książkę rosyjskiego Dana Browna. O jego poprzedniej książce Metro 2033 tyle dobrego czytałam.
29.12.2011
Nie do wykrycia Laura Griffin
Romans, tajemnica, zbrodnia. Tak, pokrótce, można streścić najnowszą książkę Laury Griffin. Podtytuł idealnie oddaje to, co znajdziemy w książce „Nie do wykrycia”.
7.12.2011
Dallas '63 Stephen King
Stephen King jest pisarzem specyficznym. Jego książki nie są dla wszystkich, przez co jeszcze bardziej go lubię. Nie każdy czuje się dobrze w wykreowanym przez niego świecie.
recenzja książki by:
Kasia książkoholiczka
11 komentarzy:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
10/10,
2011,
blog,
cmętarz zwieżąt,
Dallas ’63,
książka,
literatura,
misery,
Prószyński i S-ka,
recenzja,
recenzje książek,
science fiction,
Stephen King
13.11.2011
Robokalipsa - Daniel Wilson
„Maszyny pełne miłości i wdzięku”
Czyżby? Być może w świecie idealnym tak. Wiadomo jednak, że świat idealny nie jest, więc …
recenzja książki by:
Kasia książkoholiczka
4 komentarze:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
10/10,
2011,
Daniel H. Wilson,
książka,
literatura,
maszyny,
matrix,
recenzja,
Robokalipsa,
sensacja,
Stephen King,
Steven Spielberg,
terminator,
Znak
7.11.2011
Candace Camp, Panna z dobrego domu - W świecie pozorów
Po „Mistyfikacji” i „Tajemnicy panny Hamilton” Candace Camp uraczyła wierne czytelniczki kolejną historią miłosną przeniesioną w czasie.
Główną bohaterką powieści „Panna z dobrego domu” jest rezolutny podlotek Charity Emmerson, panna pochodząca z niezamożnego, lecz dobrego domu. Życie rodziny Emmersonów przepełnione jest utrzymywaniem pozorów. Głowa rodziny, w tym przypadku matka Charity, zrobi wszystko, aby wydać córki dobrze za mąż. W związku z planami rodziców, siostra Charity, choć kocha ubogiego pastora z rodzinnego miasta, nie może wyjść za niego za mąż. Główną przeszkodą są pieniądze, lub raczej ich brak. Rodzice dziewczyny upierają się przy tym, aby ta wyszła bogato za mąż w celu utrzymania całej rodziny i wprowadzenia reszty sióstr w świat. Gdy Charity dowiaduje się, że Hrabia Simon Westport zamierza poprosić o rękę jej siostry, postanawia pomóc i oferuje hrabiemu swoją kandydaturę.
Szybko okazuje się, że Charity nie jest tak dobrze wychowaną panną, za jaką uchodzi. To osóbka żywa, nie lubiąca sprzeciwu, mająca w nosie konwenanse i pozory. Dzięki swojej osobowości i urodzie szybko zdobywa przyjaźń hrabiego. Może małżeństwo z nim nie będzie takie złe... Jednak wszystko co dobre, musi się skończyć. Hrabia zostaje oskarżony o morderstwo swojego wroga. Czy to on zabił? Czy małżeństwo Simona i Charity dojdzie do skutku?
Książka ta idealnie nadaje się na chłodny wieczór lub długą podróż pociągiem. Candace Camp stworzyła ciekawych bohaterów, ich dialogi nie są sztuczne i patetyczne. Bardzo spodobało mi się tło powieści. Autorka bardzo trafnie opisała życie wyższych sfer, ich przyzwyczajenia, pozory, które rządziły ich życiem, sztuczność. Świat stworzony przez autorkę jest idealny dla panien, które przez całe życie są zdolne kłamać i udawać. Szczera i naturalna Charity w ogóle tam nie pasuje. Być może właśnie dlatego zdobyła moje serce.
06/10
Candace Camp, Panna z dobrego domu, Mira, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
Główną bohaterką powieści „Panna z dobrego domu” jest rezolutny podlotek Charity Emmerson, panna pochodząca z niezamożnego, lecz dobrego domu. Życie rodziny Emmersonów przepełnione jest utrzymywaniem pozorów. Głowa rodziny, w tym przypadku matka Charity, zrobi wszystko, aby wydać córki dobrze za mąż. W związku z planami rodziców, siostra Charity, choć kocha ubogiego pastora z rodzinnego miasta, nie może wyjść za niego za mąż. Główną przeszkodą są pieniądze, lub raczej ich brak. Rodzice dziewczyny upierają się przy tym, aby ta wyszła bogato za mąż w celu utrzymania całej rodziny i wprowadzenia reszty sióstr w świat. Gdy Charity dowiaduje się, że Hrabia Simon Westport zamierza poprosić o rękę jej siostry, postanawia pomóc i oferuje hrabiemu swoją kandydaturę.
Szybko okazuje się, że Charity nie jest tak dobrze wychowaną panną, za jaką uchodzi. To osóbka żywa, nie lubiąca sprzeciwu, mająca w nosie konwenanse i pozory. Dzięki swojej osobowości i urodzie szybko zdobywa przyjaźń hrabiego. Może małżeństwo z nim nie będzie takie złe... Jednak wszystko co dobre, musi się skończyć. Hrabia zostaje oskarżony o morderstwo swojego wroga. Czy to on zabił? Czy małżeństwo Simona i Charity dojdzie do skutku?
Książka ta idealnie nadaje się na chłodny wieczór lub długą podróż pociągiem. Candace Camp stworzyła ciekawych bohaterów, ich dialogi nie są sztuczne i patetyczne. Bardzo spodobało mi się tło powieści. Autorka bardzo trafnie opisała życie wyższych sfer, ich przyzwyczajenia, pozory, które rządziły ich życiem, sztuczność. Świat stworzony przez autorkę jest idealny dla panien, które przez całe życie są zdolne kłamać i udawać. Szczera i naturalna Charity w ogóle tam nie pasuje. Być może właśnie dlatego zdobyła moje serce.
06/10
Candace Camp, Panna z dobrego domu, Mira, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
recenzja książki by:
Kasia książkoholiczka
1 komentarz:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
06/10,
2011,
Candace Camp,
historia miłosna,
książka,
literatura,
Mira,
mistyfikacja,
Panna z dobrego domu,
recenzja,
romans,
tajemnica panny hamilton
8.10.2011
Top 10: największe rozczarowania literackie
Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.Źle ze mną, zapomniałam o Top10 :/ Czas to nadrobić :) temat będzie, niestety, bardzo łatwy, ponieważ przeróżni(e) autorzy/wydawnictwa co chwilę starają się nam wcisnąć g*wno zapakowane w piękne opakowanie z cudnym opisem.
Dziś przyszła pora na... Dziesięć największych rozczarowań literackich!
Mrożące krew w żyłach kryminały. Faktycznie mrożą, ale dlatego, że nie można znieść myśli o tym, że ktoś ten chłam wydał. Nie chodzi mi tylko o 1974, ale o chociażby Czekaj na odpowiedź które miało być mistrzostwem świata, a od wrzucenia książki do śmieci mało brakowało (uratowało ją tylko to, że musiałam ją zrecenzować, więc i przeczytać)
Za każdym razem gdy widzę na sklepowej półce jakiś horror, kryminał itd boję się, że będzie to kolejne dno.
Książki pisane przez bohaterów seriali. Tzw dno dna, metr mułu. Rozumiem, że kanały, które puszczają cudowne seriale usiłują odcinać kupony od "sławy", ale to już przesada. Pewnych rzeczy nie powinno się drukować. Dzięki serialom mamy Kaktusy w sercu, Historie mamusi, wujka, babci, kotków, piesków, sąsiadów itd głównych bohaterów seriali, książki kucharskie z potrawami które gotowała bohaterka. Głowa boli. Toż to powinno być zakazane jak książka Hitlera.
Wydania lektur z opracowaniem. Istna plaga. Praktycznie nie da się kupić książki bez opracowania. To również powinno być zabronione. Koszmar. W głowie mi się to nie mieści i nie mam pojęcia jak to wszystko opisać bez ******. Czekam na dzień, w którym kupię w kiosku program tv i poradnik domowy z opracowaniem na marginesach oraz obszernymi opisami głównych bohaterów.
Kolejne bez obrazków sugerujących (każdy będzie wiedział o co chodzi). Wydawnictwa zajmujące się promowaniem książek i autorów, którzy swoją karierę pisarską powinni zakończyć na wypracowaniach w liceum. Po wyrzuceniu w błoto odpowiedniej kwoty pisarzyna taki, jak ze mnie mongolska baletnica chełpi się swoją sławą podpisując książki przed dyskontem i ma problem z każdym, kto powie, co o nim myśli. Pozostawiam do przemyślenia.
Nie wiem czy rozczarowanie literackie, ale podepnę to. Lektury w szkołach. "Za moich czasów...." trzeba było czytać. A teraz? Omawianie lektur pod klucz maturalny, brak umiejętności czytania ze zrozumieniem nowelki, "fragmenty" książek, które oderwane od całości gówno dają. Dzięki temu niedługo 90% społeczeństwa będzie twierdzić, że chłopi mają 15 stron, a Noce i dnie kończą się na ślubie głównych bohaterów.
Książki na podstawie filmów, filmy i książki wydawane/puszczane jednocześnie. Koszmar. Jak tak dalej pójdzie to filmweb'a powinni powiększyć o książki związane z filmami. Nie widzę sensu, no ale... w końcu ktoś to czyta. Dla mnie to rozczarowanie, ale rozumiem, kasę trzeba ciągnąć skąd się da, bo nigdy nie wiadomo kiedy się skończy dobrobyt
Książki sław "szołbizu". Wszystkich bez wyjątku (zdjęcie przykładowe, sexy mamusia to chyba nie jest najgorsza książka biorąc pod uwagę wszystkie gwiazdki skrobiące swoje przemyślenia). Po co im to? Ja rozumiem, że taki Bono czy Pacino mogą książki napisać i wydać i nawet chętnie bym je przeczytała. Ale porady dla młodej mamy, uwalnianie się z toksycznego związku, nauka ćwiczenia na siłowni, wspomnienia z ostatniego wywiadu... to nie na moje czytelnicze nerwy.

Wszelkiego rodzaju głupie poradniki. Przepis na sukces? Napiszmy stek bzdur, zróbmy w tv śniadaniowej cykl spotkań z "psychologami" o problemach współczesnego świata, wmówmy biednym kobietom, że są głupie, nie wiedzą jak wychować dziecko, jak znaleźć pracę, jak się ubrać, jak się rozebrać, jak jeść, jak rozmawiać z facetem, jak usiąść przy stole, jak kochać, jak się rozwodzić, jak rodzić, jak pisać testament i jak umierać, napiszmy tonę poradników o każdym z tych tematów i cieszmy się. Nie wiem tylko kto gorszy: ci co piszą, czy ci co kupują i stosują się do porad zawartych w książkach.
*nie licząc książki "Złote żniwa" okładki przykładowych książek
*zdjęcia empik (jak większość okładek na blogu)
5.10.2011
Ja anielica, Katarzyna Berenika Miszczuk - Diabelska śmiertelniczka w świecie aniołów
„Ja, Wiktoria Biankowska, obiecuję wieść przykładne życie na Ziemi i już nigdy nie pomagać diabłom w ich niecnych sprawkach
To zobowiązanie Wiki jest prawie tak samo realne jak słowa Beletha: „Ja, diabeł Beleth, obiecuję nigdy więcej nie zawracać słowy śmiertelnikom i nie nastawać na życie ich chłopaków. Szybciej Kleopatra przestanie kupować buty, a Azazel śnić o podbiciu Piekła.
Witamy ponownie. Po szczęśliwym zakończeniu „Ja, diablica” Wiktoria wiedzie spokojny żywot z Piotrkiem. Jest im ze sobą jak w niebie, (nie)stety nie na długo. Beleth nie może żyć bez swojej ukochanej. Wcale się mu nie dziwię. Wiktoria jest jedyna i wyjątkowa. Nie tylko dzięki swojej Iskrze ale również dzięki swojemu podejściu do świata i życia. Beleth jednak nie może opuścić Wiktorii nie tylko z powodu uczucia które ich łączy.
Dzięki na pozór niewinnemu podstępowi Wiktoria przypomina sobie wszystkie dobre i złe chwile. Niedługo potem spotyka się z Belethem i dowiaduje się, dlaczego dążył do spotkania z nią. Beleth marzy o skrzydłach które utracił. Tylko dzięki nim będzie mógł wrócić do Nieba. Diabeł w Niebie? Po cóż mu to? Nie będę Wam psuła lektury.
W książce spotkamy wszystkich bohaterów poprzedniej części: Wiki, Azazela, Beletha, Kleopatrę i Piotra, a także kilku nowych, wśród których na chwilę uwagi zasługuje Gabriel, który, pomimo, że żyje w świecie bardzo odległym od Piekła, na wiele wspólnego z Luckiem. Myślę, że mogli by się nawet zaprzyjaźnić.
Kto myśli, że kłopoty Wiktorii są związane tylko z ponownym pojawieniem się diabełków jest w błędzie. W tej części duży wpływ na akcję książki będzie mieć pewien anioł… Moroni. Co zaserwują nam tym razem bohaterowie? Przekonajcie się sami. Warto.
Nie rozumiem wprawdzie pewnych decyzji głównej bohaterki, no ale cóż… to jej życie. Ja w kilku momentach wybrałabym inaczej.
„Ja, anielica” nie jest strzałem w dziesiątkę, ale na dziewiątkę z plusem zasługuje na pewno. Wiadomo, pierwsza część serii w większości przypadków jest najlepsza. Autorka po raz kolejny udowodniła jednak, że pisać potrafi i ma pomysł na książkę. Nie jest to może dzieło na miarę Mickiewicza, ale kto powiedział, że tylko wielka literatura musi być fajna? Katarzyna Berenika Miszczuk oficjalnie trafia na listę moich ulubionych autorów.
09/10
Ja anielica, Katarzyna Berenika Miszczuk, WAB, 2011
recenzja książki by:
Kasia książkoholiczka
3 komentarze:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
09/10,
2011,
Azazel,
Beleth,
blog,
horror,
Ja anielica,
Katarzyna Berenika Miszczuk,
książka,
literatura,
literatura polska,
powieść,
przygodowa,
recenzja,
romans,
WAB
4.10.2011
Ja diablica, Katarzyna Berenika Miszczuk - Witamy w Los Diablos
Dwa światy jedna miłość. Czy to możliwe? A i owszem. Jeśli posiadasz iskrę bożą wszystko jest w zasięgu Twoich rąk.
„Ja, Wiktoria Biankowska ( zwana dalej Potępioną ),
zgadzam się przez kolejne 66 lat służyć Lucyferowi
i całej Niższej Arkadii na stanowisku Diablicy.”
zgadzam się przez kolejne 66 lat służyć Lucyferowi
i całej Niższej Arkadii na stanowisku Diablicy.”
Nie będę owijać w bawełnę. „Ja, diablica” Katarzyny Bereniki Miszczuk to chyba jedna z najfajniejszych polskich współczesnych powieści jaką do tej pory czytałam.
Bohaterowie? W rolach głównych: Piękna Wiktoria, ciapowaty, ale podobno przystojny, śmiertelnik Piotr i bosko (wróć, diabelnie) seksowny Beleth, Lucyfer, bezpłciowa (dosłownie) Śmierć, egoistyczna Kleopatra i Azazel z przerośniętym ego bez którego połowa rzeczy w Piekle by się nie wydarzyła. W pozostałych rolach, czyli kto zamieszkuje piekiełko: Napoleon, Marylin Monroe, Elvis Presley, caryca Katarzyna II, król Artur, Jim Morrison, Kurt Cobain i inni.
Miejsce akcji: dość ponure miasto Warszawa oraz piękna i malownicza Niższa Arkadia zwana potocznie Piekłem.
Ciekawie, prawda? Mi też się spodobało. Od pierwszej strony co zdarza się niezwykle rzadko. Książka „Ja, diablica” opowiada o losach Wiki, która zginęła w dziwnych okolicznościach i trafiła do piekła zostając etatową Diablicą. Teoretycznie do jej zadań ma należeć rekrutowanie dusz, w praktyce Wiktoria dużo się nie napracuje. O wiele więcej czasu zajmie jej zgłębianie tajemnicy swojej śmierci, usiłowanie zdobycia miłości swojego życia Piotra i wpadanie w tarapaty z Belethem i Azazelem. Sam proces zostania Diablicą też jest trochę tajemniczy, bowiem okazuje się, że Wiktoria zginąć nie miała, a ponieważ posiada tak zwaną iskrę bożą, nie powinna, dla bezpieczeństwa własnego i innych, dostać również mocy Diablicy. Co się stało? Nie zdradzę już ani jednej informacji. Ta książka jest zbyt fajna, aby robić spoilery, a każde kolejne zdanie potraktowałabym osobiście jako psucie naprawę dobrej zabawy.
Katarzynę Berenikę Miszczuk od większości polskich współczesnych pisarzy odróżnia jedno. Dziewczyna naprawdę potrafi pisać i ma pomysły. Nie dopisuje kolejnych zdań na siłę starając się wyrobić określoną objętość, nie wciska czytelnikowi ckliwych historii rodem z romansideł. Jej styl jest świeży i wciągający. Bohaterowie nie są jedynie kalkami z innych książek lub seriali. Ona wymyśliła wszystko naprawdę. Od bohaterów, których wielu pisarzy może jej zazdrościć, aż po mechanizmy rządzące w Niższej Arkadii. Brakowało mi tylko jednego. Dodatkowych 252 stron, co dałoby 666 diabelsko interesujących stronic.
Dla mnie „Ja, diablica” to strzał w dziesiątkę. Gdyby tylko było więcej takich książek…
10/10
Ja diablica, Katarzyna Berenika Miszczuk, Wab, 2010
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
recenzja książki by:
Kasia książkoholiczka
5 komentarzy:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
10/10,
2010,
Azazel,
Beleth,
blog,
horror,
Ja diablica,
Katarzyna Berenika Miszczuk,
książka,
literatura,
Los Diablos,
obyczajowa,
przygodowa,
recenzja,
romans,
WAB
20.09.2011
Bear Grylls, Wilczy szlak - Niesamowita przygoda na Alasce
Do tej pory Bear Grylls kojarzył mi się tylko z jedzeniem robaków i pokazywaniem, jak za pomocą scyzoryka przeżyć w każdym miejscu na globie. A tu taki talent pisarski!
Gdy chciałam sięgnąć po „Wilczy szlak”, myślałam, że dowiem się, jak przeżyć w dziczy, w której czają się wilki, że będzie to spowiedź z jakiejś wyprawy podróżnika przedstawiona tak, aby zrozumieli ją gimnazjaliści. Nic bardziej mylnego. Bear Grylls stworzył niesamowitą powieść przygodową, która wciąga jak dzika przyroda Alaski.
Głównym bohaterem „Wilczego szlaku” jest Beck, zaradny chłopiec, którego rodzina od małego lubiła podróżować i nauczyła go, jak przeżyć w każdych warunkach. Gdy Beck wraz ze swoim wujkiem i kolegą Tikaanim leci do małej wioski na Alasce, ich samolot niespodziewanie spada. Pilot umiera, a ukochany wujek Al (i jedyna bliska Beckowi osoba) jest ciężko ranny. Na domiar złego okazuje się, że data ich przybycia była trzymana w tajemnicy ze względu na film, który miał kręcić Al. Beck, chociaż jest jeszcze dzieckiem, musi z minuty na minutę stać się prawdziwym mężczyzną. Tylko od niego zależy, czy przeżyją. Musi jak najszybciej sprowadzić pomoc. Nie mając innego wyjścia chłopcy zostawiają mężczyznę w bezpiecznym miejscu i rozpoczynają niebezpieczną wędrówkę do rodzinnej wioski Tikaani’ego.
Po drodze czeka ich wszystko, czego można się spodziewać i czego nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Chodzenie po zamarzniętych jeziorach, szukanie przełęczy, bliskie spotkania z niedźwiedziami, codzienne poszukiwanie jedzenia. Teoretycznie, chłopcy nie powinni mieć szans na przeżycie. Okazuje się, że inteligencja, determinacja i „doświadczenie” zdobywane latami będą na wagę złota.
Tak jak wspominałam wcześniej, nie spodziewałam się po autorze tak fajnej książki przygodowej. Przypomniała mi ona książki ojca, które czytałam w dzieciństwie. Nie ma w niej Ufo, wampirów, bohaterów z ponadludzkimi siłami. Nie znajdziecie w niej również udziwnień, przygód rodem z Bonda i techniki z kosmosu. To klasyczna, naprawdę dobra książka przygodowa idealna zarówno dla młodzieży, jak i dorosłych. Pokazuje, na jak mało przydadzą się nam komórki i GPS’y w starciu z prawdziwą naturą. Jak wiele zależy od hartu naszego ducha, determinacji, od tego czy odróżniamy północ od południa. Mnie ta książka uświadomiła, że nie miałabym najmniejszych szans na przeżycie choćby doby na Alasce.
W XXI wieku zatraciliśmy wiele zdolności. Nie znamy się na jadalnych roślinach, nie rozpoznajemy grzybów, bez GPS’a nie mamy pojęcia, gdzie północ, a gdzie zachód. Dzięki wszystkim dostępnym udoskonaleniom świata nie znamy rzeczy i prawd, które dla naszych dziadków były oczywiste. Myślę, że właśnie to, oprócz pokazania czytelnikowi piękna i niebezpieczeństw dzikiej przyrody, chciał nam przekazać Bear Grylls. Abyśmy nie zatracili zdolności, które człowiek posiada od zarania dziejów.
09/10
Bear Grylls, Wilczy szlak, Pascal, 2011
Głównym bohaterem „Wilczego szlaku” jest Beck, zaradny chłopiec, którego rodzina od małego lubiła podróżować i nauczyła go, jak przeżyć w każdych warunkach. Gdy Beck wraz ze swoim wujkiem i kolegą Tikaanim leci do małej wioski na Alasce, ich samolot niespodziewanie spada. Pilot umiera, a ukochany wujek Al (i jedyna bliska Beckowi osoba) jest ciężko ranny. Na domiar złego okazuje się, że data ich przybycia była trzymana w tajemnicy ze względu na film, który miał kręcić Al. Beck, chociaż jest jeszcze dzieckiem, musi z minuty na minutę stać się prawdziwym mężczyzną. Tylko od niego zależy, czy przeżyją. Musi jak najszybciej sprowadzić pomoc. Nie mając innego wyjścia chłopcy zostawiają mężczyznę w bezpiecznym miejscu i rozpoczynają niebezpieczną wędrówkę do rodzinnej wioski Tikaani’ego.
Po drodze czeka ich wszystko, czego można się spodziewać i czego nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Chodzenie po zamarzniętych jeziorach, szukanie przełęczy, bliskie spotkania z niedźwiedziami, codzienne poszukiwanie jedzenia. Teoretycznie, chłopcy nie powinni mieć szans na przeżycie. Okazuje się, że inteligencja, determinacja i „doświadczenie” zdobywane latami będą na wagę złota.
Tak jak wspominałam wcześniej, nie spodziewałam się po autorze tak fajnej książki przygodowej. Przypomniała mi ona książki ojca, które czytałam w dzieciństwie. Nie ma w niej Ufo, wampirów, bohaterów z ponadludzkimi siłami. Nie znajdziecie w niej również udziwnień, przygód rodem z Bonda i techniki z kosmosu. To klasyczna, naprawdę dobra książka przygodowa idealna zarówno dla młodzieży, jak i dorosłych. Pokazuje, na jak mało przydadzą się nam komórki i GPS’y w starciu z prawdziwą naturą. Jak wiele zależy od hartu naszego ducha, determinacji, od tego czy odróżniamy północ od południa. Mnie ta książka uświadomiła, że nie miałabym najmniejszych szans na przeżycie choćby doby na Alasce.
W XXI wieku zatraciliśmy wiele zdolności. Nie znamy się na jadalnych roślinach, nie rozpoznajemy grzybów, bez GPS’a nie mamy pojęcia, gdzie północ, a gdzie zachód. Dzięki wszystkim dostępnym udoskonaleniom świata nie znamy rzeczy i prawd, które dla naszych dziadków były oczywiste. Myślę, że właśnie to, oprócz pokazania czytelnikowi piękna i niebezpieczeństw dzikiej przyrody, chciał nam przekazać Bear Grylls. Abyśmy nie zatracili zdolności, które człowiek posiada od zarania dziejów.
09/10
Bear Grylls, Wilczy szlak, Pascal, 2011
recenzja opublikowana na stronie dlalejdis.pl
18.09.2011
Aleksandra Marianina, Obraz pośmiertny
Tytuł najnowszej książki Aleksandry Marininy najlepiej odzwierciedla to, co recenzent stara się przekazać za pomocą tytułu. W tym wypadku szukanie słów na streszczenie książki jest całkowicie zbędne.
Dawno już nie czytałam dobrego kryminału. Kryminały czytywałam, ale żaden z nich do pięt nie dorastał książce „Obraz pośmiertny” Główną „bohaterką” książki jest młoda aktorka u szczytu kariery -Alina Waznis. Nie mająca łatwego dzieciństwa Alina ucieka z rodzinnego miasta i przenosi się do Moskwy. Zostaje aktorką i związawszy się z reżyserem po pewnym czasie zyskuje sławę. Niektórzy wróżą jej nawet światową karierę. Pod sam koniec zdjęć do najnowszego filmu mającego przynieść Alinie i jej ukochanemu reżyserowi sławę po wsze czasy Alina niespodziewanie opuszcza ziemski padół. W tym momencie wkraczają, jak zawsze specyficzna, Nastia Kamieńska oraz jej kolega Jura Korotkow.
Rozwikłanie sprawy, na pierwszy rzut oka, będzie banalnie proste. Albo Alina popełniła samobójstwo albo została zabita. W razie, gdyby Alina jedna nie popełniła samobójstwa, potencjalnych morderców w książce mamy pod dostatkiem: macocha, brat, kochanek, zazdrosna pijaczka aktorka, przyjaciel oraz demon dzieciństwa Czy jednak wszystko jest tak proste, jak się wydaje? Oczywiście, że nie. Aby znaleźć odpowiedź Nastia będzie musiała stworzyć obraz pośmiertny ofiary. Nie będzie to niestety takie łatwe, ponieważ Alina była skryta i wyalienowana. Nie miała przyjaciół, nie utrzymywała stosunków z rodziną, nawet jej ukochany bardzo mało o niej wiedział. Jak więc prześledzić całe życie denatki nie mając praktycznie nic? Dla Nastii nie ma rzeczy niemożliwych. Przecież każdy człowiek zostawia po sobie ślady, głównie nieświadomie.
„Obraz pośmiertny” to kolejna świetna książka rosyjskiej autorki Aleksandry Marininy. Nie wiem, czy nie polubiłam autorki aż tak, że nie widzę w jej pisarstwie żadnych wad, czy też faktycznie Marianina pisze tak dobrze jak mi się wydaje. Chociaż „Obraz pośmiertny” nie zawiera pościgów, mrożących krew w żyłach zwrotów akcji i nie znajdziecie tam teksów, które można cytować po wielu latach… jest w tej książce coś takiego, że nie można się od niej oderwać.
Książki Marininy mają dwa mocne, a nawet bardzo mocne punkty. Autorka świetnie potrafi kreować świat i postacie. Od pierwszej książki o przygodach Anastazji miałam już swoich ulubieńców. Każdy z bohaterów jest skonstruowany tak, że w każdej chwili można na podstawie książek nakręcić filmy, a potencjalnemu aktorowi wystarczyłoby do odegrania danej roli przeczytanie książki. Każda postać ma swój charakter, głębię, nałogi, problemy. Są jak żywe istoty, które zaczynamy darzyć uczuciami. Drugim mocnym punktem Marininy jest jej warsztat. Są napisane, według mnie, perfekcyjnie. Niejeden autor mógłby brać u niej lekcje pisarstwa. Śmiało mogę powiedzieć, że dla mnie Aleksandra Marianina jest drugą Agathą Christie.
Jeśli ktoś lubi kryminały dla inteligentnych, interesuje go nie zalewająca kartki krew, ale ogólna intryga i lubi bohaterów z głębią, to będzie książka dla niego. Obiecuję
10/10
Aleksandra Marianina, Obraz pośmiertny, wydawnictwo WAB, 2011
Recenzja opublikowana na kobieta20.pl
recenzja książki by:
Kasia książkoholiczka
2 komentarze:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
10/10,
2011,
Agatha Christie,
Aleksandra Marianina,
blog,
kryminał,
książka,
literatura,
morderstwo,
Nastia Kamieńska,
Obraz pośmiertny,
policja,
recenzja,
rosja,
WAB
22.08.2011
Robert Rankin, Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje - Niesamowite historie ze świata równoległego
Jest rok 1895, Londyn. W rządzie Wielkiej Brytanii zasiada Winston Churchill, ktoś wymyśla telefony. Wszystko się zgadza. Na tym tle tylko Marsjanie wyglądają dość dziwnie.
Któż mógłby się spodziewać, że można w tak fajny sposób połączyć historię i fantastykę? Na pewno nie ja. A jednak. Da się. I może być to zabieg bardzo fajny. Tak właśnie w skrócie przedstawia się książka „Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje” Roberta Rankina.
Czas płynie sobie spokojnie. Cyrkowcy jeżdżą po świecie, pokazując kobiety- małpy, skaczące pchły i inne ciekawostki, którymi mogą zainteresować się kmiotkowie. W rządzie też po staremu, wiadomo przecież, że gawiedź nie wie, co dzieje się w tajnych gabinetach. A tam rządzący w towarzystwie panów w czerni knują jak za pomocą grypy, rzeżączki i gruźlicy pozbyć się Marsjan tak, aby nikt się nie zorientował. Udaje się. Ziemia może być spokojna, Marsjanie już nas nie zaatakują. Mamy jeszcze przybyszy z Jowisza i Wenus, ale oni są do nas przyjaźnie nastawieni. W tym samym czasie George Fox pracuje w cyrku u „profesora” Coffina, pokazując rozkładające się już zwłoki przybysza z innej planety. Niestety, atrakcja jest już u schyłku „życia” i należy znaleźć coś na jej miejsce. Coś, dzięki czemu staną się sławni i bogaci. Gdy zrozpaczeni mężczyźni myślą, że już nic ich nie uratuje, nieznany iluzjonista przepowiada George’owi, że znajdzie on legendarną Dziewczynę Płaszczkę i że na jego barkach spoczną losy wszechświata. Tak. Nie miasta, nie kraju, nie świata, lecz właśnie wszechświata. Rozochocony wizją pieniędzy profesor postanawia sprzedać swój nędzny dobytek i zasponsorować młodemu Foxowi podróż w poszukiwaniu Cudu Świata. Tak oto zaczyna się historia, która trzyma w napięciu do ostatniej kartki. Wierzcie mi na słowo lub sprawdźcie sami.
Książka Roberta Rankina faktycznie zasługuje na znalezienie się w gronie „prawdopodobnie najlepszych książek na świecie” w dziedzinie fantastyki. Autor idealnie łączy świat, który znamy z historii ze światem fantastycznym. Jest autorem zabawnym, wciągającym i bardzo dobrze posługującym się piórem. Żadna linijka jego książki nie jest napisana jako zapchajdziura. Powieść jest świetnie przemyślana.
A teraz smaczek. Nie wszystkim wyda się to właściwe, ale podczas swojej podróży główni bohaterowie spotkają na swojej drodze kelnera austriackiego pochodzenia, Adolfa Hitlera. Cóż, chociaż może dla niektórych to lekka przesada, portret rasistowskiego, nadętego pracownika, który marzy, aby wszystkich bogatych obcych wysłać w diabły również się autorowi udał.
Książki nie ma co opowiadać, bo czyż można opowiedzieć przygody bohatera, którego można przyrównać do Indiany Jonesa? Jedno jest pewne. Przygód główni bohaterowie mają co niemiara i proponuję najszybciej jak się da, zaopatrzyć się w egzemplarz „Dziewczyny Płaszczki” Naprawdę warto.
09/10
Robert Rankin, Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje, Prószyński, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
Któż mógłby się spodziewać, że można w tak fajny sposób połączyć historię i fantastykę? Na pewno nie ja. A jednak. Da się. I może być to zabieg bardzo fajny. Tak właśnie w skrócie przedstawia się książka „Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje” Roberta Rankina.
Czas płynie sobie spokojnie. Cyrkowcy jeżdżą po świecie, pokazując kobiety- małpy, skaczące pchły i inne ciekawostki, którymi mogą zainteresować się kmiotkowie. W rządzie też po staremu, wiadomo przecież, że gawiedź nie wie, co dzieje się w tajnych gabinetach. A tam rządzący w towarzystwie panów w czerni knują jak za pomocą grypy, rzeżączki i gruźlicy pozbyć się Marsjan tak, aby nikt się nie zorientował. Udaje się. Ziemia może być spokojna, Marsjanie już nas nie zaatakują. Mamy jeszcze przybyszy z Jowisza i Wenus, ale oni są do nas przyjaźnie nastawieni. W tym samym czasie George Fox pracuje w cyrku u „profesora” Coffina, pokazując rozkładające się już zwłoki przybysza z innej planety. Niestety, atrakcja jest już u schyłku „życia” i należy znaleźć coś na jej miejsce. Coś, dzięki czemu staną się sławni i bogaci. Gdy zrozpaczeni mężczyźni myślą, że już nic ich nie uratuje, nieznany iluzjonista przepowiada George’owi, że znajdzie on legendarną Dziewczynę Płaszczkę i że na jego barkach spoczną losy wszechświata. Tak. Nie miasta, nie kraju, nie świata, lecz właśnie wszechświata. Rozochocony wizją pieniędzy profesor postanawia sprzedać swój nędzny dobytek i zasponsorować młodemu Foxowi podróż w poszukiwaniu Cudu Świata. Tak oto zaczyna się historia, która trzyma w napięciu do ostatniej kartki. Wierzcie mi na słowo lub sprawdźcie sami.
Książka Roberta Rankina faktycznie zasługuje na znalezienie się w gronie „prawdopodobnie najlepszych książek na świecie” w dziedzinie fantastyki. Autor idealnie łączy świat, który znamy z historii ze światem fantastycznym. Jest autorem zabawnym, wciągającym i bardzo dobrze posługującym się piórem. Żadna linijka jego książki nie jest napisana jako zapchajdziura. Powieść jest świetnie przemyślana.
A teraz smaczek. Nie wszystkim wyda się to właściwe, ale podczas swojej podróży główni bohaterowie spotkają na swojej drodze kelnera austriackiego pochodzenia, Adolfa Hitlera. Cóż, chociaż może dla niektórych to lekka przesada, portret rasistowskiego, nadętego pracownika, który marzy, aby wszystkich bogatych obcych wysłać w diabły również się autorowi udał.
Książki nie ma co opowiadać, bo czyż można opowiedzieć przygody bohatera, którego można przyrównać do Indiany Jonesa? Jedno jest pewne. Przygód główni bohaterowie mają co niemiara i proponuję najszybciej jak się da, zaopatrzyć się w egzemplarz „Dziewczyny Płaszczki” Naprawdę warto.
09/10
Robert Rankin, Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje, Prószyński, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
21.08.2011
To co warto wiedzieć wiem od swojego kota, Suzy Backer - Mam kota na punkcie kota
Czy jesteś w stanie uwierzyć w to, że życia można nauczyć się od kota? Nie? W takim razie przekonaj się sama
„To, co warto wiedzieć, wiem od swojego kota” Suzy Backer we współpracy ze swoją kotką Binky napisała książę, dzięki której dowiemy się dokładnie tego, co powinniśmy wiedzieć o świecie i życiu.
„Lat temu siedemnaście za sprawą „To, co warto wiedzieć, wiem od swojego kota” świat poznał nauki kota ponadprzeciętnego, czyli mojej kotki Binky […] jak mawiają w branży muzycznej- Binky zaliczyła podwójną platynę. Często słyszę pytanie, czy sława nie uderzyła jej do głowy. Gdzie tam! Binky nie spoczęła na laurach, tylko nauczała dalej”.
Książka Suzy Backer nie należy do obszernych dzieł. Chociaż ma około 70 kartek, większość zapełniają zabawne rysunki „z życia kota” z krótkimi podpisami. Nie znaczy to jednak, że książka ta jest nudna. Wręcz przeciwnie. Czytając ją, każdy posiadacz kota, odnajdzie tam swojego pupila, czasem popadnie w zadumę, a czasem będzie śmiać się do rozpuku. To naprawdę ciekawe, że autorka wychwyciła tyle ciekawych cech.
Dzięki książce dowiemy się, że sen to bardzo poważna sprawa, a pielęgnacja zajmuje niemało czasu: trzeba umyć się za uszami, między palcami i oczywiście pod pachami. Należy dbać o paznokcie oraz fryzurę. Binky uczy nas także, że niegrzecznie jest bekać w towarzystwie oraz, że pieniądze to tylko papier. Czyż nie jest to prawdą? Właśnie. A tego wszystkiego, o czym pewnie część osób nie wie lub nie pamięta uczy nas kot.
Plusem książki jest przepiękne wydanie. Śmieszne rysunki na ładnym papierze i w twardej okładce prezentują się świetnie i idealnie nadają się na prezent dla kociara lub kociary. Minusem jest cena, ponieważ książka kosztuje prawie 30 złotych, ale czego nie robi się dla przyjaciół.

Na początku myślałam, że moje zafascynowanie książką wynika z tego, że pierwszy raz trafiłam na coś w tym stylu dlatego postanowiłam odczekać jakiś czas i wrócić do niej z nadzieją, że może jednak nie jest tak zabawna, jak myślałam na początku. Niestety. Przy drugim czytaniu śmiałam się tak samo, więc chyba faktycznie książka zasługuje na uznanie.
Choć na pierwszy rzut oka zdawać się może, że książka ta jest przeznaczona tylko dla dzieci, nic bardziej mylnego. Nadaje się zarówno dla małych jak i dużych, a może nawet dla dorosłych nadaje się najbardziej. Cóż jeszcze? Chyba zapomniałam o tym, co znajdziemy na początku książki: test na kociarza. Ja zwyczajnie lubię koty. Nie zaliczyło mnie do kociarzy, nie jestem przez nie opętana i nie muszę udać się do weterynarza. To dobrze? Nie wiem
08/10
To co warto wiedzieć wiem od swojego kota, Suzy Backer, WAB, 2011
„To, co warto wiedzieć, wiem od swojego kota” Suzy Backer we współpracy ze swoją kotką Binky napisała książę, dzięki której dowiemy się dokładnie tego, co powinniśmy wiedzieć o świecie i życiu.
„Lat temu siedemnaście za sprawą „To, co warto wiedzieć, wiem od swojego kota” świat poznał nauki kota ponadprzeciętnego, czyli mojej kotki Binky […] jak mawiają w branży muzycznej- Binky zaliczyła podwójną platynę. Często słyszę pytanie, czy sława nie uderzyła jej do głowy. Gdzie tam! Binky nie spoczęła na laurach, tylko nauczała dalej”.
Dzięki książce dowiemy się, że sen to bardzo poważna sprawa, a pielęgnacja zajmuje niemało czasu: trzeba umyć się za uszami, między palcami i oczywiście pod pachami. Należy dbać o paznokcie oraz fryzurę. Binky uczy nas także, że niegrzecznie jest bekać w towarzystwie oraz, że pieniądze to tylko papier. Czyż nie jest to prawdą? Właśnie. A tego wszystkiego, o czym pewnie część osób nie wie lub nie pamięta uczy nas kot.
Plusem książki jest przepiękne wydanie. Śmieszne rysunki na ładnym papierze i w twardej okładce prezentują się świetnie i idealnie nadają się na prezent dla kociara lub kociary. Minusem jest cena, ponieważ książka kosztuje prawie 30 złotych, ale czego nie robi się dla przyjaciół.
Na początku myślałam, że moje zafascynowanie książką wynika z tego, że pierwszy raz trafiłam na coś w tym stylu dlatego postanowiłam odczekać jakiś czas i wrócić do niej z nadzieją, że może jednak nie jest tak zabawna, jak myślałam na początku. Niestety. Przy drugim czytaniu śmiałam się tak samo, więc chyba faktycznie książka zasługuje na uznanie.
Choć na pierwszy rzut oka zdawać się może, że książka ta jest przeznaczona tylko dla dzieci, nic bardziej mylnego. Nadaje się zarówno dla małych jak i dużych, a może nawet dla dorosłych nadaje się najbardziej. Cóż jeszcze? Chyba zapomniałam o tym, co znajdziemy na początku książki: test na kociarza. Ja zwyczajnie lubię koty. Nie zaliczyło mnie do kociarzy, nie jestem przez nie opętana i nie muszę udać się do weterynarza. To dobrze? Nie wiem
08/10
To co warto wiedzieć wiem od swojego kota, Suzy Backer, WAB, 2011
recenzja książki by:
Kasia książkoholiczka
7 komentarzy:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
08/10,
2011,
Binky,
blog,
humor,
książka,
literatura,
recenzja,
Suzy Backer,
To co warto wiedzieć wiem od swojego kota,
WAB,
zwierzę
20.08.2011
Tim Powers, Na nieznanych wodach - W świecie karaibskiej magii
„Na nieznanych wodach” Tima Powersa to powieść, która stała się inspiracją dla filmu o zwariowanym piracie.
Tak, przygody Jacka Sparrowa w filmie „Piraci z Karaibów na nieznanych wodach” powstało w oparciu właśnie o tę książkę.
Czy może stać się tak, że ze zwyczajnego, niczym niewyróżniającego się mężczyzny, z minuty na minutę można stać się piratem? W niektórych przypadkach tak. Przedstawiam wam historię Johna Chandagnaca, zwykłego przeciętniaka płynącego na spotkanie z dawno niewidzianą rodziną. Dzięki dziwnemu i podejrzanemu zbiegowi okoliczności na jego drodze, a właściwie to na drodze statku, którym miał przyjemność podróżować, stanęli najprawdziwsi piraci z krwi i kości. John, mając do wyboru zginąć lub dołączyć do zgrai bandytów, postanawia żyć. Gdy okazuje się, że jego życie jest coś warte, dzięki umiejętności gotowania i posługiwania się bronią Johna Chandagnaca, staje się Jackiem Shandy.
Piraci, którzy mieli przyjemność wtargnąć na okręt, którym podróżował John nie przybyli tam przypadkiem. Umówili się na to z niejakim Benjaminem Curwoodem, szalonym profesorem, który w zamian za małą pomoc w powołaniu do życia zmarłej żony i przeniesienie jej duszy w ciało pięknej córki, obiecuje piratom statek. Tak właśnie zaczyna się przygoda Jacka Shandy’ego na nieznane wody i lądy w poszukiwaniu magicznej Fontanny, a właściwie źródła młodości. Czy uda mu się przeżyć niebezpieczne przygody? Czy nie przepłaci za swoją decyzję życiem?
Gdy na okładce książki przeczytałam słowa Orsona Scotta Carda: „Nikt tak dobrze nie snuje opowieści jak Tim Powers”, nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać, gdyż nie wiedziałam, czy pochwała z ust pisarza, którego nie lubię to dobry czy zły znak. Okazuje się jednak, że Orson Scott Card miał rację. Książka o piratach jest przednia. Wprawdzie, co jakiś czas trzeba sobie zrobić przerwę w lekturze, aby przetrawić odpowiednie przygody, ale ogólnie książka idealnie nadaje się na wakacje. W książce brakowało mi jednak mocno zarysowanych charakterów. Bo chociaż pirat piratowi nierówny, to miałam problemy z tym, kto jest kim. Gdyby autor poświęcił poszczególnym postaciom więcej czasu, może nawet odnalazłabym swojego ulubionego bohatera? A tak musiałam się zadowolić głównym bohaterem, który też niestety nie za bardzo wybijał się na tle swoich kompanów.
08/10
Tim Powers, Na nieznanych wodach, Wydawnictwo Literackie, 2011
recenzja opublikowana na:dlalejdis.pl
Tak, przygody Jacka Sparrowa w filmie „Piraci z Karaibów na nieznanych wodach” powstało w oparciu właśnie o tę książkę.
Czy może stać się tak, że ze zwyczajnego, niczym niewyróżniającego się mężczyzny, z minuty na minutę można stać się piratem? W niektórych przypadkach tak. Przedstawiam wam historię Johna Chandagnaca, zwykłego przeciętniaka płynącego na spotkanie z dawno niewidzianą rodziną. Dzięki dziwnemu i podejrzanemu zbiegowi okoliczności na jego drodze, a właściwie to na drodze statku, którym miał przyjemność podróżować, stanęli najprawdziwsi piraci z krwi i kości. John, mając do wyboru zginąć lub dołączyć do zgrai bandytów, postanawia żyć. Gdy okazuje się, że jego życie jest coś warte, dzięki umiejętności gotowania i posługiwania się bronią Johna Chandagnaca, staje się Jackiem Shandy.
Piraci, którzy mieli przyjemność wtargnąć na okręt, którym podróżował John nie przybyli tam przypadkiem. Umówili się na to z niejakim Benjaminem Curwoodem, szalonym profesorem, który w zamian za małą pomoc w powołaniu do życia zmarłej żony i przeniesienie jej duszy w ciało pięknej córki, obiecuje piratom statek. Tak właśnie zaczyna się przygoda Jacka Shandy’ego na nieznane wody i lądy w poszukiwaniu magicznej Fontanny, a właściwie źródła młodości. Czy uda mu się przeżyć niebezpieczne przygody? Czy nie przepłaci za swoją decyzję życiem?
Gdy na okładce książki przeczytałam słowa Orsona Scotta Carda: „Nikt tak dobrze nie snuje opowieści jak Tim Powers”, nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać, gdyż nie wiedziałam, czy pochwała z ust pisarza, którego nie lubię to dobry czy zły znak. Okazuje się jednak, że Orson Scott Card miał rację. Książka o piratach jest przednia. Wprawdzie, co jakiś czas trzeba sobie zrobić przerwę w lekturze, aby przetrawić odpowiednie przygody, ale ogólnie książka idealnie nadaje się na wakacje. W książce brakowało mi jednak mocno zarysowanych charakterów. Bo chociaż pirat piratowi nierówny, to miałam problemy z tym, kto jest kim. Gdyby autor poświęcił poszczególnym postaciom więcej czasu, może nawet odnalazłabym swojego ulubionego bohatera? A tak musiałam się zadowolić głównym bohaterem, który też niestety nie za bardzo wybijał się na tle swoich kompanów.
08/10
Tim Powers, Na nieznanych wodach, Wydawnictwo Literackie, 2011
recenzja opublikowana na:dlalejdis.pl
recenzja książki by:
Kasia książkoholiczka
8 komentarzy:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
08/10,
2011,
blog,
fantastyka,
Jack Sparrow,
książka,
literatura,
Na nieznanych wodach,
piraci,
Piraci z Karaibów,
recenzja,
recenzje,
Tim Powers,
Wydawnictwo Literackie
17.08.2011
Nowy Jork 101 miejsc, które musisz zobaczyć, Aneta Radziejowska, Marek Rygielski - Empire State of Mind
Otwierając książkę „Nowy Jork 101 miejsc, które musisz zobaczyć” Anety Radziejowskiej i Marka Rygielskiego miałam nadzieję, że przeniosę się do magicznego miasta które jest pełne gwiazd filmu i muzyki chodzących po ulicach z psami/dziećmi , a bohaterki „Seksu w wielkim mieście” przeżywają swoje kolejne przygody.
„Nowy Jork…” to zbiór informacji o miejscach, które możemy odwiedzić będąc w Wielkim jabłku. Począwszy od barów i restauracji, poprzez hotele w których nocują gwiazdy, kończąc na parkach i muzeach. Na końcu książki znajdziemy przydatne informacje dotyczące metra, schematów miasta, banków, kantorów i taksówek. Tak naprawdę jadąc do jakiegoś miasta powinno mi to wystarczyć. W domu czytam sobie o wszystkich miejscach, wybieram te, które mam ochotę odwiedzić, a na miejscu z mapą w ręce idę od punktu do punktu. Czegóż więcej chcieć?
Właściwie to nie wiem, ale mnie ta książka nie powaliła na kolana. Autorzy wprawdzie opisali wiele ciekawych i mniej ciekawych miejsc, ale mniemam, że gdybym poszperała w Internecie znalazłabym te same informacje i to zupełnie za darmo. Brakuje mi w tej książce tego, co można znaleźć na przeróżnych formach- informacji, które posiadają osoby znające miasto od podszewki, informacji o miejscach magicznych i nieosiągalnych dla nikogo poza mieszkańcami miasta. A tak?
Bez urazy, ale chyba każdy w miarę rozgarnięty człowiek wie, że warto zobaczyć Statuę Wolności i Empire State Building, zajrzeć do Chinatown i SoHo, zobaczyć Wall Street, Central Park i wstąpić do największych muzeów i bibliotek, albo zobaczyć jak wygląda słynny uniwerek. Gdzie jednak miejsca, w których się zakocham, a o których nikt nie rozpisuje się na prawo i lewo? No i po co aż 101 miejsc? Nie lepiej byłoby wybrać 30 ciekawych i mało znanych statystycznemu turyście? Napisać jakieś ciekawostki, a nie informacje które bez problemu znajdę w Internecie wpisując w wyszukiwarkę daną frazę?
Ogólnie rzecz biorąc przewodnikowi nie można nic zarzucić. Schludny, przystępny, wiadomo gdzie zajrzeć będąc w NY, jak tam dojechać itd. Brakuje mi jednak tego czegoś. Szczerze wątpię, czy mając do wyboru ileś przewodników pod Nowym Yorku w podobnej cenie wybrałabym akurat ten.
Chciałam zobaczyć Sex and the city, zobaczyłam co najwyżej Klan.
06/10
Nowy Jork 101 miejsc, które musisz zobaczyć, Aneta Radziejowska, Marek Rygielski, Nowy Świat, 2011
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:
Subskrybuj:
Posty (Atom)

